Time For Change #1: Przeżyjcie do ze mną!

Zawitał do nas rok 2016 i większość z nas posiada lub nie swoje postanowienia noworoczne. Osobiście swojego nie miałam, jednakże do czasu.  Przywitajcie się z nową serią na blogu, którą postanowiłam zatytułować Time For Change. O co chodzi? 


Każda z nas marzy o idealnej według siebie sylwetce, ja również. Robiłam kroki w tym kierunku, jednakże pewne rzeczy mnie zatrzymały, a i nie dawały one rezultatów, z których byłabym do końca zadowolona. Odkąd poszłam do pracy i starałam łączyć się to ze studiami to moja kondycja oraz wygląd mojego ciała mocno podupadł. Źle się czuję sama ze sobą. Przytyłam przeszło 5 kilogramów, a że mam 162 cm wzrostu widać to bardzo, szczególnie w okolicach brzucha, bioder oraz nóg. Obecnie ważę około 62 kg (kiedy piszę ten tekst, na dole dostaniecie mniej więcej ,,obecny" stan). Samo przyznanie się do tego, nawet przez słowa pisane, nie jest dla mnie łatwe. Przede wszystkim dlatego, że jestem osobą, która mocno zwraca uwagę na własny wygląd. Zostało mi to ze względu na to, że będąc bardzo młodą dziewczyną, byłam również kulką ważącą przeszło 85 kg. Przeogromny nadbagaż udało mi się zrzucić, razem z większością nadmiaru ciała, ponieważ dużo ćwiczyłam, a teraz chcę dokonać ostatecznych szlifów.
Zdaję sobie sprawę z tego, że to tylko i wyłącznie moja wina, mojego trybu życia, które było bardzo nieregularne. Potrafiłam nie jeść całe dnie, a późnymi wieczorami opróżnić pół lodówki. Zapychałam się słodyczami. Nie ćwiczyłam. Dojadałam w pracy, a jak wiadomo w restauracji istnieje wiele pokus. Nie ukrywam, że sprawy prywatne też mnie w pewnym momencie przerosły. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Na ziemie sprowadziła mnie jak zawsze moja najukochańsza mama.
Postanowiłam wziąć się w garść, zabrać się za siebie i zaprosić Was, abyście przeżyli moją zmianę razem ze mną. 

Seria będzie opierała się na regularnych postach opisujących moje postępy oraz porażki. W miarę możliwości opiszę Wam wszystko od treningów, zmiany nawyków po własną dietę. Postaram się, aby pojawiało się to, co dwa tygodnie. 

Uwielbiam jeść, nie ukrywam, aczkolwiek największym wyzwaniem dla mnie będzie zrezygnowanie ze wszelkiego rodzaju słodyczy, które wprost uwielbiam. Miejmy jednak nadzieję, że mi się uda i zastąpię to pięcioma pełnowartościowymi posiłkami w ciągu dnia. 


Czy poczyniłam w tym kierunku jakieś kroki? 
Owszem, wróciłam do ćwiczeń - na razie w domu. Jestem także przygotowana, aby zakupić karnet na siłownię i przemóc swoją niechęć do tego miejsca. Ograniczyłam również jedzenie oraz ilość spożywanych w ciągu dnia kalorii. 
Jaki cel chcę osiągnąć? 
Przede wszystkim nie chcę mieć kaloryfera na brzuchu, nie. Chcę posiadać sylwetkę, w której będę dobrze się czuła, z której będę zadowolona. Moją wymarzoną wagą zaś jest 55 kg. 

Serią tą przełamię pewnie nieco główny temat bloga, jednakże chcę przemycić w to także pewne kosmetyczne sposoby, które mogą pomóc naszemu ciału. 

Stan na 31.12.2015:
waga: 61,6 kg
talia: 70 cm 
biodra: 96 cm
udo: 55 cm 

Zostaniecie ze mną? 

14 komentarzy:

  1. Popieram Twoj inicjatywe :) bardzo wazne jest czux sie pewnie w swoim ciele

    OdpowiedzUsuń
  2. na pewno osiągniesz swój cel. ja też nie długo ruszam z dietą i ćwiczeniami.

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluje postanowienia , motywacji no i wcześniejszych osiągnięć :D

    Też lubię słodycze --niestety ;) I to gubi mnie najbardziej ...

    Trzymam kciuki i będę zaglądać .

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli, a wsparcie zawsze się przyda :).

      Usuń
  4. Zyczę aby Ci się udało i gratuluję postanowienia :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja cwiczę od czerwca i zauważam coraz lepsze efekty :) Powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Powodzenia :) Mi miesiąc na siłowni już dał sporo, kilka cm w pasie już zrzuciłam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Ja po pierwszym miesiącu także mogę powiedzieć, że widzę różnice!

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.