TOP 5 | Styczeń 2017

Dzisiaj oficjalnie pożegnamy się ze styczniem, więc pojawia się ostatni post z podsumowania miesiąca. Najbliższy tydzień będzie dla mnie bardzo napięty ponieważ sesja w pełni, a jeszcze obchodzę swoje urodziny i mam dni zaplanowane od rana do wieczora. Postaram się jednak jakiś post napisać, aby nie zostawić Was bez niczego. Bez dodatkowego rozdrabniania się przejdźmy do zestawienia. 











Czytaj dalej...

Nowości | Styczeń 2017

Nie kupuję ostatnio dużo, ewentualnie odkupuję niezbędną pielęgnację. Dlaczego? Bo w tym momencie mam mnogość kosmetyków, które trzeba po prostu zużyć. Mimo to parę nowości do mnie trafiło. 


Zacznijmy od zakupów w Inglocie. W końcu skusiłam się na ich pomadę do brwi w numerze 12, jestem po pierwszych jej testach i już mogę napisać że zgodzę się z zachwytem nad nią. Drugim kosmetykiem jest odświeżająca mgiełka przeznaczona do skóry mieszanej. Wiele dobrego słyszałam o jej drugiej wersji do innego typu skory, więc sama postanowiłam się przekonać o co w tym wszystkim chodzi. 


O matowej szmince nr 13 pisałam już parokrotnie (zarówno w ulubieńcach jak i jej przedstawieniu), ale ze względu na to że kupiłam ją na początku stycznia to tutaj również muszę o niej wspomnieć. Golden Rose pojawiło się u mnie także w postaci drugiego kosmetyku, którym jest Miracle Pencil. Ciężko jest trafić na kredkę która nadawałaby się na linię wodną. Przekonany się jak sprawdzi się ta. 


Zaś z pielęgnacji nowością u mnie jest olejek pod prysznic Evree, którego byłam bardzo ciekawa, ponieważ poprzednie kosmetyki z tych serii, również Slim bardzo lubiłam. Peeling od Perfecty nowością u mnie nie jest, gdyż go odkupiłam ale w innej wersji zapachowej. 


Czytaj dalej...

Ulubieńcy | Styczeń 2017

Czy tylko ja mam wrażenie że niedawno był Sylwester a już kończy się styczeń? Nie pozostaje mi nic innego jak tylko napisać kolejne podsumowanie, w którym standardowo rozpoczniemy od ulubieńców. 



Muszę rozpocząć od swojego wielkiego ulubieńca pielęgnacyjnego w postaci maseczek w płacie. Niedawno dotarła do mnie nowa dostawa do testowania z czego się niezmiernie cieszę. Zapewne zostaną ze mną przez długie miesiące i będę ulubieńcami nie tylko stycznia. 

W styczniu najczęściej na moich ustach można było zobaczyć matową pomadkę Longstay Liquid Matte Lipstic w numerze 13. Stała się moją idealną szminką, pasującą do każdego makijażu jaki na sobie wykonuję. Po za tym całą ową serię uwielbiam za trwałość. Będąc szczerą to chętnie przygarnę kolejne kolory, ale na to przyjdzie czas. 



Miałam troszkę zagwostkę co wybrać z kolorówki (oprócz szminki) do ulubieńców stycznia, aby nie powtórzyło się z zestawiania faworytów rocznych. Wówczas w moje ręce wpadła paleta cieni od Wibo - Natural Eyeshadow Palette, która posiada piękne odcienie nie tylko matowe, choć to właśnie te najbardziej mnie kusiły. Używam jej najczęściej do wykonania swojego makijażu dziennego, ponieważ błyszczących cieni zazwyczaj unikam, a te w dodatku odrobinkę się osypują. 



W końcu po wielu przymiarkach zaczęłam bawić się w konturowanie na mokro. Od samego początku towarzyszy mi w tej kwestii czwórka kremowych podkładów od Kobo i dlatego pojawia się w zestawieniu, aczkolwiek nie jest to produkt idealny o czym na pewno wspomnę w szerszej recenzji. 
Czytaj dalej...

Maseczki w płacie | Co i jak? Czy działają?

Maseczki w płacie/płachcie/szmatce/- różne określenia już słyszałam, to ostatni hit pielęgnacyjny u wielu kobiet. Sama z maseczkami miałam zawsze mało doświadczenia, ponieważ te kremowe nie poprawiały stanu mojej skóry, chociażby były najlepiej dobrane do jej rodzaju. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie ulegała fenomenowi i nie spróbowała tego co tak wiele kobiet zachwala. 


Maseczka w płachcie to naleciałość, która trafiła do nas z azjatyckiej pielęgnacji. Jest to płat biocelulozy lub bawełny bardzo mocno nasączony składnikami aktywnymi. Przede wszystkim taka maseczka jest dużo bardziej skuteczna, ponieważ pod wpływem ciepła jakie tworzy się pomiędzy skórą a materiałem, składniki aktywne wnikają szybciej oraz głębiej. Dzięki materiałowi z jakiego została stworzona dobrze przylega do skóry, tylko trzeba ją odpowiednio nałożyć i przykleić, ale jeszcze o tym wspomnę. 
To czym nasączone są maseczki w płacie nazywa się rzadkim żelem, który nie jest w stanie utrzymać się na skórze bez pomocy jakiegoś materiału, w dodatku są to zazwyczaj bogate substancje dlatego po wyjęciu maseczki polecam sprawdzić czy nie zostało go sporo w opakowaniu. Wówczas warto przelać płyn do mniejszego pojemniczka i podczas swojej rutynowej pielęgnacji wmasowywać go, aż do pełnego wchłonięcia. 

Stosuję taką maseczkę raz w tygodniu, staram się tego trzymać i wyrobić sobie taki nawyk. Mimo wszystko widzę efekty. Moja skóra dawno nie wyglądała tak dobrze. Jest przede wszystkim mocniej nawilżona oraz rozpromieniona. Mniej widać po mnie zmęczenie, a ewentualne podrażnienia znikają szybciej i są mniej uciążliwe. To wszystko ma również wpływ na to jak wygląda makijaż, a w tym momencie spoglądam na swoją buzię z zadowoleniem. 


Czy mają jakieś minusy? Moim zdaniem jeden - cenę. Niektóre maseczki, nawet jeśli nie są produkcji azjatyckiej potrafią kosztować sporą sumkę i to może skutecznie zniechęcać. Pomijając ten fakt, maseczki w płacie weszły do mojej pielęgnacji na stałe. 

Teraz powrócę do kwestii wspomnianej wyżej. Wiem, że niektórzy nie wiedzą jak się do takich produktów zabrać, więc odsyłam do bardzo pożytecznego filmu, który może sprawę ułatwić oraz pozwoli zapoznać się z podstawowymi informacjami. 


Czytaj dalej...

Golden Rose | Longstay Liquid Matte Lipstick nr 13

Mimo że do mody znów powracają usta z połyskiem, ja pozostanę przy swoich ukochanych matach. Jakiś czas temu Golden Rose wydało nowe odcienie, uzupełniające fenomenalną serię matowych szminek Longstay Liquid Matte. Typowej recenzji w dzisiejszym pośnie nie napiszę, gdyż te pomadki już zostały przeze mnie zrecenzowane, ale chciałam zaprezentować Wam odcień nr 13. 


Poprzez nowe kolory seria Longstay została uzupełniona o ciekawe naturalne odcienie. Jak już wspomniałam dla siebie wybrałam odcień 13, który stał się moim ideałem na dzień ale nie tylko gdyż jest to kolor w którym czuję się wręcz perfekcyjnie. Dodając do tego fakt, że potrafi się u mnie utrzymać w nienaruszonym stanie przez 5 godzin sprawia, że moja miłość do tych kosmetyków rośnie jeszcze bardziej. Nr 13 jest świetnym odpowiednikiem bardzo już słynnej welurowej matowej pomadki Celebrity Skin od Jeffree Star, na których przyznam się szczerze chciałabym kiedyś położyć swoje łapska. 


Dzięki tym szminkom nauczyłam się nosić pomalowane usta, zaczęłam lubić wygląd swoich ust gdy są pomalowane. Teraz nie wyobrażam sobie bez tego elementu swojego makijażu. 


A jakie są Wasze ulubione matowe pomadki? 
Czytaj dalej...

Kobo | Brightener Matt Powder

Czy pamiętacie moją recenzję słynnej czwórki do konturowania od Kobo? Kosmetyk sam w sobie jest świetny i bardzo funkcjonalny. Oprócz dobrej jakości bronzerów tam zamieszczonych, które można również zakupić w wersjach pełnowymiarowych Kobo umieściło w czwórce puder rozświetlający w którym ja jak i wiele dziewczyn się zakochało. Wiele blogerek i youtuberek, w tym również ja, wręcz apelowało do producentów, aby wypuścili pełnowymiarowy puder i zostałyśmy wysłuchane! Moi drodzy, przedstawiam Wam Brightener Matt Powder. 


Opis:
Rozjaśniający puder matujący do konturowania i modelowania twarzy. Skrobia jęczmienna nadaje skórze efekt aksamitnej gładkości i gwarantuje trwałe zmatowienia i rozjaśnienie. Specjalnie dobrany lekki emolient zapobiega nadmiernemu odparowaniu wody, a aloes łagodzi podrażnienia.

Skład:
Talc, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Mica, Caprylic/Capric, Trigliceryde, Barley(Hordeum Vulgare) Starch, Magnesium Stearate, Avena Sativa(Oat)Meal Extract, Aloe Vera Extract, Phenoxyethanol(and)Ethylhexylglycerin, Silica, [+/-CI 77891, CI 77492, CI 19140].

9g pudru zostało zamknięte w typowej dla marki Kobo kasetce, która wygląda na porządnie wykonaną, ale to może być też złudne wrażenie. Nie chciałabym dowiedzieć się co stałoby się z zawartością, gdyby miała bliższe spotkanie z podłogą. Taka przyjemność kosztuje nas 19,99. 
Kosmetyk posiada dobrze zmieloną, jedwabistą konsystencję sprasowaną w formie kamienia. Niestety nie będzie to produkt wielce wydajny, bo jak możecie zauważyć dotknęłam już dna, chociaż zajęło mi to około 1,5 miesiąca.
Jasno-żółty odcień pudru idealnie nadaje się do konturowania, rozświetlania poszczególnych partii twarzy. Do utrwalania makijażu całej buzi nie radzę go stosować, gdyż takie rozjaśnienie nie jest pożądane. Sama stosuję go do utrwalenia korektora, okolicy od oczami, wzmocnienia wykonanego konturowania i paru innych. 


Pięknie rozjaśnia i ujednolica okolice, gdzie został nałożony, dodatkowo utrwalając inne nałożone wcześniej kosmetyki. Prezentuje się bardzo naturalnie. Sprawia, że zagruntowane nim okolice są utrwalone i nie do ruszenia przez cały dzień. Nie wymaga również poprawki w ciągu dnia.
Wieli plus za to, że jest to ten sam produkt co w czwórce do konturowania, formuła nie została zmieniona. 

Stał się moim ulubieńcem i podejrzewam, że na długo nim pozostanie. 
Czytaj dalej...

Lovely | K*Lips

Kylie Cosmietics i sukces wypuszczonych przez ową firmę kosmetyków zainspirował również marki w Polsce do stworzenia coś na podobieństwo i za ciosem poszło m.in. Lovely proponując nam zestawy K*Lips, czyli matową pomadkę i konturówkę w jednym. 


Po wypuszczaniu ich na rynek szafy Lovely były po każdej dostawie opróżniane w trybie więcej niż natychmiastowym. Zdobycie czegokolwiek graniczyło z cudem, ale mi w dwóch podejściach udało się upolować dwa kolory. 


Każdy zestaw kupujemy w starannie przygotowanym oraz ślicznie wyglądającym kartoniku, na którym od razu widoczna jest prezentacja nabywanego koloru. Lovely w tym przypadku wykonało świetną robotę, bo aż cieszy to oczy i przez to nie da się obok nich przejść obojętnie.
W środku znajdziemy, tak jak już wspomniałam płynną szminkę oraz kredkę o wykończeniu matowym, czyli o tak bardzo pożądanym wykończeniu przez ostatnie sezony. Ogromny plus za to, że konturówka jest zawsze w tym samym odcieniu co pomadka. 


Dorwałam dwa kolory. Neutral Beauty to typowy neutralny, dzienny nude a Milky Brown to ciemny brąz, wpadający w czerwień. 


Konsystencja samych pomadek jest kremowa nie będąc za rzadką. Idealnie rozprowadza się na ustach przy pomocy standardowego aplikatora i bardzo szybko zasycha do pełnego matu, który jest delikatnie kredowy w odczuciu, ale się nie lepi. Nie zauważyłam nigdy, aby podkreślały ewentualne niedoskonałości ust czy pogarszały ich stan. Kolejnym wielkim ich plusem jest fenomenalna pigmentacja. Jedna cienka warstwa wystarcza, aby uzyskać piękny, nasycony kolor na ustach.
Co może zawieść to trwałość. Nawet bez jedzenia i picia zjadają choć nie tak szybko, jeśli wykonuje się te czynności, przez co potrzebne są poprawki. Na szczęście robią to równomiernie. 


Kredki dołączone do zestawu tak jak już wspomniałam wyżej posiadają identyczne kolory. Można ich używać również solo. W tym przypadku ich konsystencja oraz pigmentacja również zachwycają, a fakt, że dobrze się z nimi współpracuje, tylko umila malowanie. 


Cena takiego zestawu to 19,99. Na pewno nie pobiły one moich ukochanych pomadek z GR, ale ze względu na ich odcienie oraz przyjemność noszenia przypadły mi do gustu. Szczególnie Neutral Beauty skradł moje serce. 
Czytaj dalej...

Catrice | HD Liquid Coverage Foundation 010

Ten produkt wywołał burzę w światku kosmetycznym. Wszystkie kosmetoholiczki na niego polowały, gdy tylko pojawił się w sprzedaży. Trafił i do mnie, a po testach, zużyciu już pierwszej butelki, wylądował w moich ulubieńcach roku 2016, o których mogliście przeczytać w zeszłym tygodniu. Pewnie będę wielce spóźniona ze względu na przerwę, która miała miejsce na blogu, ale lepiej później niż wcale. 


Opis:
Druga Skóra. Podkład HD Liquid Coverage to wygładzona cera z efektem “high definition”. Wyjątkowo lekka formuła, którą aplikuje się pipetą, oferuje wysokie krycie i utrzymuje się na skórze do 24 godzin.  Cera wygląda nieskazitelnie, a przy tym naturalnie, podkładu nie czuć na skórze. Skóra jest gotowa na światła jupiterów i bycie w centrum kamery!

Skład:
AQUA (WATER), DIMETHICONE, TALC, PEG-10 DIMETHICONE, TRIMETHYLSILOXYSILICATE, POLYPROPYLENE, ISODODECANE, CETYL PEG/PPG-10/1 DIMETHICONE, NYLON-12, HDI/TRIMETHYLOL HEXYLLACTONE CROSSPOLYMER, SODIUM CHLORIDE, HYDROGEN DIMETHICONE, GLYCERIN, MAGNESIUM SULFATE, DISTEARDIMONIUM HECTORITE, METHICONE, ETHYLHEXYLGLYCERIN, SILICA, ALUMINUM HYDROXIDE, PROPYLENE CARBONATE, DEHYDROACETIC ACID, SODIUM DEHYDROACETATE, PHENOXYETHANOL, BENZOIC ACID, PARFUM (FRAGRANCE), CI 77491 (IRON OXIDES), CI 77492 (IRON OXIDES), CI 77499 (IRON OXIDES), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE).

Po pierwszych zapowiedziach tego produktu, dziwną rzeczą byłoby go nie kupić. Miałam szczęście w swoich zamiarach kupna, bo akurat Pani w drogerii dokładała świeżą partię, ale bardzo szybko znikały z szaf, co mnie nie dziwi.
Podkład kupujemy w szklanym, ciężkim opakowaniu o pojemności 30 ml, za około 29 zł. Już napiszę, że jak na drogeryjny podkład o takich właściwościach są to grosze. Występuje on w czterech odcieniach i niczym nowym nie będzie, że wybrałam dla siebie najjaśniejszy, czyli 010. Producent zamiast pompki wyposażył opakowanie w pipetę, która staje się coraz częściej preferowanym rozwiązaniem. Jednakże nie wiem, czy było to trafne w tym przypadku, ponieważ pokład posiada płynną, lesistą konsystencję, którą nie do końca pipeta utrzymuje.
Skoro już poruszyłam kwestie struktury podkładu to przy tym pozostańmy. Płynna, lekka konsystencja podkładu sprawia, że bezproblemowo aplikuje się na twarz i rzeczywiście idealnie się dostosowuje do skóry, stapiając z nią, tworząc jednolitą całość. Po chwili na buzi delikatnie zastyga. Posiada słodki, nietypowy zapach, który na twarzy długo się nie utrzymuje, ale można go wyczuć podczas aplikacji czy z opakowania. 


Odcień 010 jest dość ciepłym odcieniem beżu z domieszką żółtych tonów. Dla mnie obecnie jest idealny, jednakże dla typowych bladziochów będzie po prostu za ciemny. Jego minusem jest, jednakże to, że po nałożeniu na skórę odrobinę ciemnieje, tak o pół tonu. Potrafi również delikatnie podkreślać suche skórki. Fajnym rozwiązaniem firmy Catrice byłoby wprowadzenie jeszcze jaśniejszego odcienia niż 010, który były neutralny, ale nadal jasny. Pewnie to marzenie ściętej głowy, gdyż zazwyczaj wypuszczają od 3 do 5 odcieni i na tym poprzestają. 


HD Liquid Coverage Foundation daje półmatowe wykończenie o cudownym stopniu krycia, które można również budować. Idealnie stapia się cerą, tworząc obiecaną przez producenta drugą skórę. Naturalne wykończenie bez efektu maski. Na mojej buzi utrzymuje się w nienaruszonym stanie przez długie godziny, a nawet nie odczuwam przy nim potrzeby dokonywania poprawek. Uważam się za osobę kompetentną do napisania zdania poprzedniego, bo podkłady lądujące na moją buzię naprawdę muszą przejść wiele. Pięknie współpracuje z innymi produktami. Napiszę więcej, mam problem z jego zmyciem wieczorem, gdyż tak mocno doczepia się do mojej skóry. 

Nie zauważyłam żadnych negatywnych skutków, jeśli chodzi o stan mojej skóry. To co udało mi się osiągnąć przy pomocy kuracji kwasem glikolowym się utrzymuje i wszystko jest w dobrym stanie. 

Podsumowując, Catrice brawo! Z czystym sercem mogę napisać, że podkład ten pobił u mnie Revlon ColorStay do którego jest podobny, ale daje bardziej naturalne wykończenie. Drobne minusy zawsze się znajdą, ale jestem przekonana, iż zostanie on ze mną na bardzo długo. 
Czytaj dalej...

Ulubieńcy roku 2016 | akcesoria i inne

Jednak postanowiłam napisać ten post, gdyż doszłam do wniosku że paru rzeczy nie zmieszczę w żadnej z poprzednich kategorii a chciałabym o nich wspomnieć. 


Na samym początku muszę wspomnieć o paznokciach. W lutym zeszłego roku powróciłam ponownie do hybryd, wybierając tym razem markę Indigo. Po raz kolejny okazało się jednakże, że moja płyta na samą hybrydę reaguje mało korzystnie, więc razem z moją manikurzystą zdecydowałyśmy o nałożeniu żelu w połączeniu z hybrydą. Od tego momentu nic, a to dosłownie nic z moimi paznokciami się nie dzieje. Jestem bardzo zadowolona. 


Przygotowując się do pisania tego postu, zastanawiałam się czy nie umieścić tu poniekąd zestawienia ulubionych pędzli. Pomysł jednak porzuciłam w momencie uświadomienia sobie, iż rok 2016 był przełomowy jeśli chodzi o moje przekonanie do gąbeczek. Nie podobała mi się idea nakładania podkładu czy rozcierania tego co na buzi gąbeczką w dodatku nasączoną wodą. Mimo to dziewczyny polecały, wizażystki się zachwycały, więc sama postanowiłam spróbować. Teraz cofam zupełnie to co wcześniej mówiłam i używam ich częściej niż pędzli. 

Może i moja waga nadal nie jest najlepsza, ale za to regularnie uczęszczam na siłownie przez co widzę że moje ciało wygląda lepiej. Czuję się silniejsza, zdrowsza i bardziej pewna siebie. Przestał mnie boleć kręgosłup oraz większość partii ciała, które były mocno nadwyrężone przez pracę którą wykonuję. Na pewno nie mam zamiaru przestać, a teraz zaczęłam dietę i miejmy nadzieję, że i waga zacznie spadać. 


Rok 2016 pod względem muzycznym dla mnie był dość słaby, słuchałam mało i wyszukiwałam mało. Mimo to najczęściej słuchałam Dawida Podsiadło oraz Taco Hemingway'a. W obu przypadkach byłam również na koncertach, które odbyły się pod koniec roku w Toruniu. Zobaczymy jak będzie w tym roku, choć jak na razie to klubowe kawałki urozmaicają mi czas na siłowni. 


Kiedyś już chyba wspomniałam, że ulubionego filmu nie mam i pewnie nie będę miała. Największą przyjemność sprawia mi po prostu oglądanie filmów i seriali. Żaden film niestety nie zapadł mi mocno w pamięć, choć jako fanka universum Marvela mogę stwierdzić, że był to dla niego dobry rok. Wymienię za to trzy seriale - Stranger Things, Westworld orac Narcos. Wszystkie i każdy z osobna to majstersztyk, który polecam obejrzeć każdemu, ponieważ mnie zmiotły totalnie. 


Niestety nie udało mi się poprawić się w kwestii czytania książek, nie pozwala mi na to nadal czas, aczkolwiek powoli kończę studia, pozostanie mi praca i mam nadzieję, że wtedy zacznę znów swoją przygodę we słowem pisanym. 

Gdybym miała podsumować rok 2016 w jednym staniu to napisałabym: to był dobry rok, ale trudny. 
Czytaj dalej...

Ulubieńcy roku 2016 - kolorówka

 Z kolorówki pojawi się znacznie więcej produktów niż w przypadku pielęgnacji. W minionym roku moja kolekcja znacznie powiększyła się o perełki, o których warto wspomnieć. 


W kategorii podkładów na polu bity pozostał tylko jeden. HD Liquid Coverage Foundation od Catrice pobił na głowę wszystkie inne tego typu produkty. Jestem już w trakcie zużywania drugiego opakowania. Podkład spełnia wszystkie moje wymagania jeśli chodzi o trwałość, krycie i wygląda na buzi. Nic więcej mi nie potrzeba. 

Drugi rok z rzędu najlepszym korektorem jest Collection Lasting Perfection. Testuję oczywiście inne korektory i mogłabym wymienić tutaj na przykład Catrice, czy L'Oreal, które są naprawdę świetne, ale to Collection zawsze wygrywa. 


Skoro już nałożyliśmy podkład oraz korektor to należy to czymś utrwalić. Moje okolice pod oczami szczególne w roku 2016 polubiły Brightener Matt Powder od Kobo oraz podróbkę pudru Ben Nye w odcieniu Banana, zakupioną przeze mnie na Aliexpress. Makijaż twarzy zaś cały rok utrwalałam pudrem ryżowym od Ecocery, urozmaicając to od czasu do czasu kuleczkami Star Glow wypuszczone przez markę Wibo. 

Brwi również pominąć nie mogę, ale w tym przypadku będę monotematyczna, ponieważ znów wspomnę o Color Tattoo w odcieniu Permanent Taupe marki Maybelline. 


Teraz zdecydowanie moja ulubiona kategoria, czyli konturowanie i rozświetlanie. W roku 2016 na potęgę kupowałam kosmetyki przeznaczone właśnie do tego celu. Ze względu na przerwę blogową o niektórych z nich jeszcze nic nie napisałam, ale obiecuję iż nadrobię. 
Na samym początku wymienię kosmetyk, którego używam codziennie. Jest to Mineral Terracotta Powder nr 4 od Golden Rose. Stosuję go do ocieplania swojej buzi i uwielbiam efekt jaki na niej daje. Niesamowicie wydajny pewnie zostanie ze mną na kolejne lata.
Face Sculpting Palette od Kobo towarzyszyła mi nie tylko w czasie podróży, ale zawsze wtedy gdy chciałam mieć idealnie wykonturowaną buzię. Paletka została świetnie skomponowana i choć najmniej używałam różu to widać, że wymęczyłam ją dość dobrze. 
Daniel Sobieśniewski, którego pewnie przedstawiać nie muszę w zeszłym roku współpracując przede wszystkim z marką Kobo, Sensique oraz My Secret stworzył wiele świetnych produktów. Ten wymieniony wyżej również się do tego zalicza. Dwa kolejne to Face Illuminator Powder, najlepszy drogeryjny rozświetlacz oraz Bronzing Powder.
Następną świetnie skomponowaną paletą do konturowania okazała się Scuplting Powder Palette marki Catrice, która została wydana w ramach limitowanej jesiennej kolekcji. Do mnie trafiła CO2 Almond Architect i swoją kolorystyką idealnie trafia w moje gusta.
Jako ostatnią, ale wcale nie najgorszą muszę wymienić Strobing Make Up Shimmers Kit od Wibo, która była ucieleśnieniem mojego uwielbienia dla rozświetlaczy. 


W przypadku cieni do powiek miałam najmniejszy problem w wybraniu ulubieńców. Niezwyciężonym numerem jeden stała się oczywiście Zoeva Naturally Yours. 


Nie wybrałam żadnego tuszu to rzęs, ale za to udało mi się wybrać jedną pomadką po przejrzeniu mojej matowej kolekcji. Najczęściej nosiłam na ustach matowe szminki od Golden Rose, gdzie prym wiodła Longstay Liquid Matte Lipstick o numerze 10
Czytaj dalej...
Kosmetyczna Obsesja © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka