Inglot | Odświeżająca mgiełka do twarzy – cera tłusta i mieszana

Polska marka Inglot jest doceniana i znana na całym świecie, jednakże w mojej kolekcji nie pojawiała się praktycznie wcale, mimo że o dobrej jakości ich produktów słyszałam wiele. Postanowiłam to zmienić i na sam początek zaopatrzyłam się w dwa hity o których było naprawdę głośno - odświeżającą mgiełkę do twarzy oraz pomadę do brwi. Dzisiaj napiszę parę słów o pierwszym z nich. 


Opis: 
Odświeżająca mgiełka do twarzy o właściwościach nawilżających i delikatnym, kwiatowym zapachu jest niezastąpionym produktem w upalne dni. Zapewnia natychmiastowe uczucie świeżości, jednocześnie odżywiając skórę. Aplikowana na makijaż pozostawia go w nienaruszonym stanie.
Mgiełka zielona wzbogacona o ekstrakt z ginkgo biloba, redukuje nadmiar sebum i wyraźnie zmniejsza błyszczenie się skóry mieszanej i tłustej.
Aplikować na twarz i dekolt z odległości 20-30 cm przy zamkniętych oczach i ustach.
Skład:
WATER/AQUA, GLYCERIN, BUTYLENE GLYCOL, SODIUM PCA, PPG-5-CETETH-20, PHENOXYETHANOL, CAPRYLYL GLYCOL, FRAGRANCE/PARFUM, ENANTIA CHLORANTHA BARK EXTRACT, GINGO BILOBA LEAF EXTRACT, BENZYL SALICYLATE, LINALOOL, CITRONELLOL, HYDROXYCITRONELLAL, HYDROXYISOHEXYL 3- CYCLOHEXENE CARBOXALDEHYDE, COMBRETUM FARINOSUM FLOWER NECTAR, HEXYL CINNAMAL, ALPHA-ISO-METHYL IONONE, GERANIOL, ALCOHOL, DENAT., CITRIC ACID, OLEANOLIC ACID, BLUE 1 LAKE (CI 42090); PARABEN FREE.
Na blogach i youtube można było zauważyć przede wszystkim różową wersję dzisiejszego bohatera, przeznaczoną do cery normalnej i suchej, jednakże ze względu na rodzaj mojej skóry wybrałam dla siebie tą dedykowaną do cery tłustej i mieszanej. Buteleczka o pojemności 50 ml w regularnej cenie kosztuje 25 zł. Czy to dużo czy mało pozostawiam Wam do indywidualnej oceny, ale osobiście uważam że cena jest proporcjonalna do wydajności. Używam jej nawet 2 razy dziennie, a przez miesiąc zużyłam 2/3 opakowania.
Mgiełka o przepięknym słodkim zapachu została umieszczona w prostej, przezroczystej logowanej butelce z atomizerem, który dobre rozpyla produkt bez tworzenia skoncentrowanego strumienia. U mnie ma ona dwojakie zastosowanie. Pierwszym z nich jest spryskanie buzi przed nałożeniem kremu a drugim scalenie już wykonanego makijażu. W obu tych przypadkach sprawdzała się fenomenalnie, a od razu po aplikacji czuć efekt odświeżenia i nawilżenia. Będzie świetnym produktem w upalne letnie dni, by przynieść skórze odrobinę ulgi. 

Kosmetyk pięknie scala makijaż, delikatnie go utrwalając oraz niweluje efekt nadmiernego zmatowienia, tworząc na buzi satynowy efekt, który sprawia że aż się chce przeglądać w lustrze. Nie poprawiam swojego makijażu w ciągu dnia, gdyż po prostu nie mam na to czasu. Nigdy nie spowodowała że moja skóra bardziej się świeciła po paru godzinach, a wręcz sprawiała że buzia wyglądała wiele godzin nieskazitelnie. Przez nawet 13 godzin w pracy ciągle mogłam czuć się świeżo. Nie zauważyłam również, że by kiedykolwiek spowodowała u mnie zapychanie się porów, raczej mam wrażenie że jest jednym z paru produktów które pozwoliły mi osiągnąć znacznie lepszy stan mojej trądzikowej skóry. Oczywiście nie jest to typowy fixer do makijażu, gdyż ten produkt ma mieć przede wszystkim funkcję odświeżającą i nawilżającą, a w tej kwestii sprawdza się świetnie. 
Idzie wiosna, myślę że delikatnie już ją poczuliśmy więc przerzuciłam się na kremy z kwasami przy przygotować swoją skórę pod kurację kwasem glikolowym, więc w niektórych miejscach moja skóra jest delikatnie przesuszona, a spryskanie tą mgiełką buzi przed nałożeniem jakiegokolwiek kremu pielęgnacyjnego, sprawa że otrzymuje ona może nie jakąś wielką dawkę nawilżenia, ale wystarczającą w moim przypadku. 
Na pewno nie będzie to moja ostatnia buteleczka tego kosmetyku, z wielką chęcią go odkupię.
Czytaj dalej...

Przewrotne życie jest ;)

Moja przerwa sesyjna znów potrwała dłużej niż to pierwotnie zakładałam i ten miesiąc okazał się bardzo przełomowym, gdyż praktycznie ukształtował moje życie na najbliższe 1,5 roku.
W sesji bardzo pomogła mi przerwa od pracy, która miała miejsce od 1 stycznia do 18 lutego, dzięki temu udało mi się większość rzeczy zdać, ale i tak dość mocno powinęła mi się w jednym przedmiocie noga. Właśnie to zaważyło na tym, że będę broniła się nie w czerwcu, a dopiero w przyszłym roku, prawdopodobnie w marcu. Przyznam się, że taka sytuacja mi odpowiada, gdyż będę mogła bez napiętych terminów pracować nad swoją pracą magisterską, która i tak jest mocno hipotetyczna, gdyż instytucja o której piszę wejdzie w życie dopiero w maju tego roku. Poniekąd spadł mi również z serca kamień, gdyż od początku stycznia wszystko robiłam w napięciu i na szybko, a teraz nie muszę się śpieszyć. Pewnie większość teraz pomyśli że ze względu na sporą ilość czasu nie będzie mi nie się chciało za to zabrać. Nie będzie tak, co wiąże się z drugą bardzo ważną dla mnie sprawą. 

Jest nią fakt, że zaczęłam pracę na pełen etat, ze wszystkim konsekwencjami z tymi związanymi. Niezmiernie mnie to cieszy, gdyż pozwoli mi się to usamodzielnić całkowicie oraz ukształtować swoje ,,dorosłe" życie całkowicie w taki sposób jaki chcę. Mam plan powoli odkładać na swoje własne M4, które marzy mi się od dawana, a że jestem osobą zacięcie zmierzającą do wyznaczonych celów, wiem iż to osiągnę. Musi przyjść w końcu kres wynajmowania miejsca dla siebie. 

Początek roku nie był dla mnie najprostszy, ale wszystko powoli wychodzi na prostą i mam nadzieję, że przez jakiś czas tak pozostanie. Postaram się teraz powrócić do regularnego pisania i znów ożywić bloga.
Tak w skrócie o tym co się u mnie ostatnio działo. 
Czytaj dalej...

TOP 5 | Styczeń 2017

Dzisiaj oficjalnie pożegnamy się ze styczniem, więc pojawia się ostatni post z podsumowania miesiąca. Najbliższy tydzień będzie dla mnie bardzo napięty ponieważ sesja w pełni, a jeszcze obchodzę swoje urodziny i mam dni zaplanowane od rana do wieczora. Postaram się jednak jakiś post napisać, aby nie zostawić Was bez niczego. Bez dodatkowego rozdrabniania się przejdźmy do zestawienia. 











Czytaj dalej...

Nowości | Styczeń 2017

Nie kupuję ostatnio dużo, ewentualnie odkupuję niezbędną pielęgnację. Dlaczego? Bo w tym momencie mam mnogość kosmetyków, które trzeba po prostu zużyć. Mimo to parę nowości do mnie trafiło. 


Zacznijmy od zakupów w Inglocie. W końcu skusiłam się na ich pomadę do brwi w numerze 12, jestem po pierwszych jej testach i już mogę napisać że zgodzę się z zachwytem nad nią. Drugim kosmetykiem jest odświeżająca mgiełka przeznaczona do skóry mieszanej. Wiele dobrego słyszałam o jej drugiej wersji do innego typu skory, więc sama postanowiłam się przekonać o co w tym wszystkim chodzi. 


O matowej szmince nr 13 pisałam już parokrotnie (zarówno w ulubieńcach jak i jej przedstawieniu), ale ze względu na to że kupiłam ją na początku stycznia to tutaj również muszę o niej wspomnieć. Golden Rose pojawiło się u mnie także w postaci drugiego kosmetyku, którym jest Miracle Pencil. Ciężko jest trafić na kredkę która nadawałaby się na linię wodną. Przekonany się jak sprawdzi się ta. 


Zaś z pielęgnacji nowością u mnie jest olejek pod prysznic Evree, którego byłam bardzo ciekawa, ponieważ poprzednie kosmetyki z tych serii, również Slim bardzo lubiłam. Peeling od Perfecty nowością u mnie nie jest, gdyż go odkupiłam ale w innej wersji zapachowej. 


Czytaj dalej...

Ulubieńcy | Styczeń 2017

Czy tylko ja mam wrażenie że niedawno był Sylwester a już kończy się styczeń? Nie pozostaje mi nic innego jak tylko napisać kolejne podsumowanie, w którym standardowo rozpoczniemy od ulubieńców. 



Muszę rozpocząć od swojego wielkiego ulubieńca pielęgnacyjnego w postaci maseczek w płacie. Niedawno dotarła do mnie nowa dostawa do testowania z czego się niezmiernie cieszę. Zapewne zostaną ze mną przez długie miesiące i będę ulubieńcami nie tylko stycznia. 

W styczniu najczęściej na moich ustach można było zobaczyć matową pomadkę Longstay Liquid Matte Lipstic w numerze 13. Stała się moją idealną szminką, pasującą do każdego makijażu jaki na sobie wykonuję. Po za tym całą ową serię uwielbiam za trwałość. Będąc szczerą to chętnie przygarnę kolejne kolory, ale na to przyjdzie czas. 



Miałam troszkę zagwostkę co wybrać z kolorówki (oprócz szminki) do ulubieńców stycznia, aby nie powtórzyło się z zestawiania faworytów rocznych. Wówczas w moje ręce wpadła paleta cieni od Wibo - Natural Eyeshadow Palette, która posiada piękne odcienie nie tylko matowe, choć to właśnie te najbardziej mnie kusiły. Używam jej najczęściej do wykonania swojego makijażu dziennego, ponieważ błyszczących cieni zazwyczaj unikam, a te w dodatku odrobinkę się osypują. 



W końcu po wielu przymiarkach zaczęłam bawić się w konturowanie na mokro. Od samego początku towarzyszy mi w tej kwestii czwórka kremowych podkładów od Kobo i dlatego pojawia się w zestawieniu, aczkolwiek nie jest to produkt idealny o czym na pewno wspomnę w szerszej recenzji. 
Czytaj dalej...

Maseczki w płacie | Co i jak? Czy działają?

Maseczki w płacie/płachcie/szmatce/- różne określenia już słyszałam, to ostatni hit pielęgnacyjny u wielu kobiet. Sama z maseczkami miałam zawsze mało doświadczenia, ponieważ te kremowe nie poprawiały stanu mojej skóry, chociażby były najlepiej dobrane do jej rodzaju. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie ulegała fenomenowi i nie spróbowała tego co tak wiele kobiet zachwala. 


Maseczka w płachcie to naleciałość, która trafiła do nas z azjatyckiej pielęgnacji. Jest to płat biocelulozy lub bawełny bardzo mocno nasączony składnikami aktywnymi. Przede wszystkim taka maseczka jest dużo bardziej skuteczna, ponieważ pod wpływem ciepła jakie tworzy się pomiędzy skórą a materiałem, składniki aktywne wnikają szybciej oraz głębiej. Dzięki materiałowi z jakiego została stworzona dobrze przylega do skóry, tylko trzeba ją odpowiednio nałożyć i przykleić, ale jeszcze o tym wspomnę. 
To czym nasączone są maseczki w płacie nazywa się rzadkim żelem, który nie jest w stanie utrzymać się na skórze bez pomocy jakiegoś materiału, w dodatku są to zazwyczaj bogate substancje dlatego po wyjęciu maseczki polecam sprawdzić czy nie zostało go sporo w opakowaniu. Wówczas warto przelać płyn do mniejszego pojemniczka i podczas swojej rutynowej pielęgnacji wmasowywać go, aż do pełnego wchłonięcia. 

Stosuję taką maseczkę raz w tygodniu, staram się tego trzymać i wyrobić sobie taki nawyk. Mimo wszystko widzę efekty. Moja skóra dawno nie wyglądała tak dobrze. Jest przede wszystkim mocniej nawilżona oraz rozpromieniona. Mniej widać po mnie zmęczenie, a ewentualne podrażnienia znikają szybciej i są mniej uciążliwe. To wszystko ma również wpływ na to jak wygląda makijaż, a w tym momencie spoglądam na swoją buzię z zadowoleniem. 


Czy mają jakieś minusy? Moim zdaniem jeden - cenę. Niektóre maseczki, nawet jeśli nie są produkcji azjatyckiej potrafią kosztować sporą sumkę i to może skutecznie zniechęcać. Pomijając ten fakt, maseczki w płacie weszły do mojej pielęgnacji na stałe. 

Teraz powrócę do kwestii wspomnianej wyżej. Wiem, że niektórzy nie wiedzą jak się do takich produktów zabrać, więc odsyłam do bardzo pożytecznego filmu, który może sprawę ułatwić oraz pozwoli zapoznać się z podstawowymi informacjami. 


Czytaj dalej...

Golden Rose | Longstay Liquid Matte Lipstick nr 13

Mimo że do mody znów powracają usta z połyskiem, ja pozostanę przy swoich ukochanych matach. Jakiś czas temu Golden Rose wydało nowe odcienie, uzupełniające fenomenalną serię matowych szminek Longstay Liquid Matte. Typowej recenzji w dzisiejszym pośnie nie napiszę, gdyż te pomadki już zostały przeze mnie zrecenzowane, ale chciałam zaprezentować Wam odcień nr 13. 


Poprzez nowe kolory seria Longstay została uzupełniona o ciekawe naturalne odcienie. Jak już wspomniałam dla siebie wybrałam odcień 13, który stał się moim ideałem na dzień ale nie tylko gdyż jest to kolor w którym czuję się wręcz perfekcyjnie. Dodając do tego fakt, że potrafi się u mnie utrzymać w nienaruszonym stanie przez 5 godzin sprawia, że moja miłość do tych kosmetyków rośnie jeszcze bardziej. Nr 13 jest świetnym odpowiednikiem bardzo już słynnej welurowej matowej pomadki Celebrity Skin od Jeffree Star, na których przyznam się szczerze chciałabym kiedyś położyć swoje łapska. 


Dzięki tym szminkom nauczyłam się nosić pomalowane usta, zaczęłam lubić wygląd swoich ust gdy są pomalowane. Teraz nie wyobrażam sobie bez tego elementu swojego makijażu. 


A jakie są Wasze ulubione matowe pomadki? 
Czytaj dalej...

Kobo | Brightener Matt Powder

Czy pamiętacie moją recenzję słynnej czwórki do konturowania od Kobo? Kosmetyk sam w sobie jest świetny i bardzo funkcjonalny. Oprócz dobrej jakości bronzerów tam zamieszczonych, które można również zakupić w wersjach pełnowymiarowych Kobo umieściło w czwórce puder rozświetlający w którym ja jak i wiele dziewczyn się zakochało. Wiele blogerek i youtuberek, w tym również ja, wręcz apelowało do producentów, aby wypuścili pełnowymiarowy puder i zostałyśmy wysłuchane! Moi drodzy, przedstawiam Wam Brightener Matt Powder. 


Opis:
Rozjaśniający puder matujący do konturowania i modelowania twarzy. Skrobia jęczmienna nadaje skórze efekt aksamitnej gładkości i gwarantuje trwałe zmatowienia i rozjaśnienie. Specjalnie dobrany lekki emolient zapobiega nadmiernemu odparowaniu wody, a aloes łagodzi podrażnienia.

Skład:
Talc, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Mica, Caprylic/Capric, Trigliceryde, Barley(Hordeum Vulgare) Starch, Magnesium Stearate, Avena Sativa(Oat)Meal Extract, Aloe Vera Extract, Phenoxyethanol(and)Ethylhexylglycerin, Silica, [+/-CI 77891, CI 77492, CI 19140].

9g pudru zostało zamknięte w typowej dla marki Kobo kasetce, która wygląda na porządnie wykonaną, ale to może być też złudne wrażenie. Nie chciałabym dowiedzieć się co stałoby się z zawartością, gdyby miała bliższe spotkanie z podłogą. Taka przyjemność kosztuje nas 19,99. 
Kosmetyk posiada dobrze zmieloną, jedwabistą konsystencję sprasowaną w formie kamienia. Niestety nie będzie to produkt wielce wydajny, bo jak możecie zauważyć dotknęłam już dna, chociaż zajęło mi to około 1,5 miesiąca.
Jasno-żółty odcień pudru idealnie nadaje się do konturowania, rozświetlania poszczególnych partii twarzy. Do utrwalania makijażu całej buzi nie radzę go stosować, gdyż takie rozjaśnienie nie jest pożądane. Sama stosuję go do utrwalenia korektora, okolicy od oczami, wzmocnienia wykonanego konturowania i paru innych. 


Pięknie rozjaśnia i ujednolica okolice, gdzie został nałożony, dodatkowo utrwalając inne nałożone wcześniej kosmetyki. Prezentuje się bardzo naturalnie. Sprawia, że zagruntowane nim okolice są utrwalone i nie do ruszenia przez cały dzień. Nie wymaga również poprawki w ciągu dnia.
Wieli plus za to, że jest to ten sam produkt co w czwórce do konturowania, formuła nie została zmieniona. 

Stał się moim ulubieńcem i podejrzewam, że na długo nim pozostanie. 
Czytaj dalej...

Lovely | K*Lips

Kylie Cosmietics i sukces wypuszczonych przez ową firmę kosmetyków zainspirował również marki w Polsce do stworzenia coś na podobieństwo i za ciosem poszło m.in. Lovely proponując nam zestawy K*Lips, czyli matową pomadkę i konturówkę w jednym. 


Po wypuszczaniu ich na rynek szafy Lovely były po każdej dostawie opróżniane w trybie więcej niż natychmiastowym. Zdobycie czegokolwiek graniczyło z cudem, ale mi w dwóch podejściach udało się upolować dwa kolory. 


Każdy zestaw kupujemy w starannie przygotowanym oraz ślicznie wyglądającym kartoniku, na którym od razu widoczna jest prezentacja nabywanego koloru. Lovely w tym przypadku wykonało świetną robotę, bo aż cieszy to oczy i przez to nie da się obok nich przejść obojętnie.
W środku znajdziemy, tak jak już wspomniałam płynną szminkę oraz kredkę o wykończeniu matowym, czyli o tak bardzo pożądanym wykończeniu przez ostatnie sezony. Ogromny plus za to, że konturówka jest zawsze w tym samym odcieniu co pomadka. 


Dorwałam dwa kolory. Neutral Beauty to typowy neutralny, dzienny nude a Milky Brown to ciemny brąz, wpadający w czerwień. 


Konsystencja samych pomadek jest kremowa nie będąc za rzadką. Idealnie rozprowadza się na ustach przy pomocy standardowego aplikatora i bardzo szybko zasycha do pełnego matu, który jest delikatnie kredowy w odczuciu, ale się nie lepi. Nie zauważyłam nigdy, aby podkreślały ewentualne niedoskonałości ust czy pogarszały ich stan. Kolejnym wielkim ich plusem jest fenomenalna pigmentacja. Jedna cienka warstwa wystarcza, aby uzyskać piękny, nasycony kolor na ustach.
Co może zawieść to trwałość. Nawet bez jedzenia i picia zjadają choć nie tak szybko, jeśli wykonuje się te czynności, przez co potrzebne są poprawki. Na szczęście robią to równomiernie. 


Kredki dołączone do zestawu tak jak już wspomniałam wyżej posiadają identyczne kolory. Można ich używać również solo. W tym przypadku ich konsystencja oraz pigmentacja również zachwycają, a fakt, że dobrze się z nimi współpracuje, tylko umila malowanie. 


Cena takiego zestawu to 19,99. Na pewno nie pobiły one moich ukochanych pomadek z GR, ale ze względu na ich odcienie oraz przyjemność noszenia przypadły mi do gustu. Szczególnie Neutral Beauty skradł moje serce. 
Czytaj dalej...

Catrice | HD Liquid Coverage Foundation 010

Ten produkt wywołał burzę w światku kosmetycznym. Wszystkie kosmetoholiczki na niego polowały, gdy tylko pojawił się w sprzedaży. Trafił i do mnie, a po testach, zużyciu już pierwszej butelki, wylądował w moich ulubieńcach roku 2016, o których mogliście przeczytać w zeszłym tygodniu. Pewnie będę wielce spóźniona ze względu na przerwę, która miała miejsce na blogu, ale lepiej później niż wcale. 


Opis:
Druga Skóra. Podkład HD Liquid Coverage to wygładzona cera z efektem “high definition”. Wyjątkowo lekka formuła, którą aplikuje się pipetą, oferuje wysokie krycie i utrzymuje się na skórze do 24 godzin.  Cera wygląda nieskazitelnie, a przy tym naturalnie, podkładu nie czuć na skórze. Skóra jest gotowa na światła jupiterów i bycie w centrum kamery!

Skład:
AQUA (WATER), DIMETHICONE, TALC, PEG-10 DIMETHICONE, TRIMETHYLSILOXYSILICATE, POLYPROPYLENE, ISODODECANE, CETYL PEG/PPG-10/1 DIMETHICONE, NYLON-12, HDI/TRIMETHYLOL HEXYLLACTONE CROSSPOLYMER, SODIUM CHLORIDE, HYDROGEN DIMETHICONE, GLYCERIN, MAGNESIUM SULFATE, DISTEARDIMONIUM HECTORITE, METHICONE, ETHYLHEXYLGLYCERIN, SILICA, ALUMINUM HYDROXIDE, PROPYLENE CARBONATE, DEHYDROACETIC ACID, SODIUM DEHYDROACETATE, PHENOXYETHANOL, BENZOIC ACID, PARFUM (FRAGRANCE), CI 77491 (IRON OXIDES), CI 77492 (IRON OXIDES), CI 77499 (IRON OXIDES), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE).

Po pierwszych zapowiedziach tego produktu, dziwną rzeczą byłoby go nie kupić. Miałam szczęście w swoich zamiarach kupna, bo akurat Pani w drogerii dokładała świeżą partię, ale bardzo szybko znikały z szaf, co mnie nie dziwi.
Podkład kupujemy w szklanym, ciężkim opakowaniu o pojemności 30 ml, za około 29 zł. Już napiszę, że jak na drogeryjny podkład o takich właściwościach są to grosze. Występuje on w czterech odcieniach i niczym nowym nie będzie, że wybrałam dla siebie najjaśniejszy, czyli 010. Producent zamiast pompki wyposażył opakowanie w pipetę, która staje się coraz częściej preferowanym rozwiązaniem. Jednakże nie wiem, czy było to trafne w tym przypadku, ponieważ pokład posiada płynną, lesistą konsystencję, którą nie do końca pipeta utrzymuje.
Skoro już poruszyłam kwestie struktury podkładu to przy tym pozostańmy. Płynna, lekka konsystencja podkładu sprawia, że bezproblemowo aplikuje się na twarz i rzeczywiście idealnie się dostosowuje do skóry, stapiając z nią, tworząc jednolitą całość. Po chwili na buzi delikatnie zastyga. Posiada słodki, nietypowy zapach, który na twarzy długo się nie utrzymuje, ale można go wyczuć podczas aplikacji czy z opakowania. 


Odcień 010 jest dość ciepłym odcieniem beżu z domieszką żółtych tonów. Dla mnie obecnie jest idealny, jednakże dla typowych bladziochów będzie po prostu za ciemny. Jego minusem jest, jednakże to, że po nałożeniu na skórę odrobinę ciemnieje, tak o pół tonu. Potrafi również delikatnie podkreślać suche skórki. Fajnym rozwiązaniem firmy Catrice byłoby wprowadzenie jeszcze jaśniejszego odcienia niż 010, który były neutralny, ale nadal jasny. Pewnie to marzenie ściętej głowy, gdyż zazwyczaj wypuszczają od 3 do 5 odcieni i na tym poprzestają. 


HD Liquid Coverage Foundation daje półmatowe wykończenie o cudownym stopniu krycia, które można również budować. Idealnie stapia się cerą, tworząc obiecaną przez producenta drugą skórę. Naturalne wykończenie bez efektu maski. Na mojej buzi utrzymuje się w nienaruszonym stanie przez długie godziny, a nawet nie odczuwam przy nim potrzeby dokonywania poprawek. Uważam się za osobę kompetentną do napisania zdania poprzedniego, bo podkłady lądujące na moją buzię naprawdę muszą przejść wiele. Pięknie współpracuje z innymi produktami. Napiszę więcej, mam problem z jego zmyciem wieczorem, gdyż tak mocno doczepia się do mojej skóry. 

Nie zauważyłam żadnych negatywnych skutków, jeśli chodzi o stan mojej skóry. To co udało mi się osiągnąć przy pomocy kuracji kwasem glikolowym się utrzymuje i wszystko jest w dobrym stanie. 

Podsumowując, Catrice brawo! Z czystym sercem mogę napisać, że podkład ten pobił u mnie Revlon ColorStay do którego jest podobny, ale daje bardziej naturalne wykończenie. Drobne minusy zawsze się znajdą, ale jestem przekonana, iż zostanie on ze mną na bardzo długo. 
Czytaj dalej...
Kosmetyczna Obsesja © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka