DENKO | WRZESIEŃ 2016

Torba przeznaczona na puste opakowania po kosmetykach się zapełniła, więc to oznacza tylko jedno. Kolejne denko! Ostrzegam, że możecie się w nim spodziewać wielu powtórek produktów znanych już Wam z moje bloga, ponieważ wracam do nich regularnie, skoro są sprawdzone. 




Mój ulubiony produkt do demakijażu całej twarzy. Mimo testowania innych produktów do tego celu, jego butelkę zawsze mam w zapasie na wszelki wypadek. Widać, że go lubię, szczególnie że w torbie znalazły się dwie butelki. 


Tak, nadal kupuję te mgiełki i bardzo je lubię. Zmieniają się u mnie jedynie zapachy. Zawsze jedną mam w torebce, szczególnie jak idę do pracy, gdyż wiadomo że zapachy restauracyjne potrafią przeniknąć do wszystkiego. 

3. Soup&Glory | Flake Away - peeling do ciała 

Recenzja produktów Soup&Glory, które do mnie trafiły dzięki mojej przyjaciółce nie pojawiła się na blogu, ponieważ uznałam do za zbędne skoro nie każdy ma do nich dostęp. Mimo to peeling ten był jednym z lepszych jakie kiedykolwiek używałam. 



Jeden z moich ulubionych olejków przeznaczonych do ciała. W połączeniu z bańkami chińskimi naprawdę potrafi zdziałać cuda. Jedynie polecam polować na promocję, wówczas wychodzi najkorzystniej. 


Drugi z kolei pojawiający się na blogu, tylko w innej wersji zapachowej. Bardzo lubię te peelingi, wszystkie mają takie samo działanie i nie różnią się od siebie jakościowo. A ich zapachy są tak obłędne, że nie chce się przestać ich wąchać. 


Świetny produkt dopełniający codzienną pielęgnację. Mam już drugą butelkę tego produktu i nadal spryskuję sobie nim buzię przed nałożeniem kremu rano oraz wieczorem. Na pewno pomagał mi przy mojej wojnie z ostatnim wysypem trądziku. 


7. Aussie | Szampon nawilżający 

Niezwykle ceniłam sobie działanie na moje włosy produktów Aussie, szczególnie właśnie z linii nawilżającej. Niestety musiała zaniechać ich stosowania, ponieważ wywołały u mnie łupież. Szkoda. 

8. Joanna i Isana | Żele do włosów 
Nie będę się tutaj rozpisywać zbytnio. Jeżeli wykonuję chociażby zwykły kucyk ze swoich włosów to muszę się ulizać, gdyż mam mnóstwo nowych, krótkich włosów. Do tego celu sprawdzają się najlepiej żele, więc zawsze jakiś jest w mojej szafce. 



Śmiało mogę napisać, że to jeden z najlepszych kremów jakie kiedykolwiek przyszło mi stosować. Aplikuję go nie tylko na noc, ale również pod makijaż i w obu tych przypadkach sprawdza się fenomenalnie. Moje uwielbienie tego kosmetyku jest tak duże, że wykańczam już drugie opakowanie. 


Już nie raz się przekonałam, iż oleiste produkty najlepiej, w moim przypadku, usuwają makijaż. To tego kosmetyku powracam regularnie, gdyż moje oczy go kochają i nie wyrządza im przede wszystkim krzywdy, a są bardzo wrażliwe. 


W recenzji nazwałam ten kosmetyk średniakiem, nadal to podtrzymuje, choć pod sam koniec zawiodłam się na nim bardzo. Zgęstniał tak bardzo, że aż się zbrylił i kwalifikował jedynie do wyrzucenia. Tyle w temacie. 



Jak wiecie jest to mój ulubiony krem do makijaż, który ostatnio porzuciłam na rzecz tego z marki Vianek, aczkolwiek już do niego powoli powracam. 


Moje bardzo przesuszone dłonie pokochały ten krem od pierwszego wsmarowania. Przestałam mieć dzięki niemu problemy z dłońmi i skórkami przy paznokciach. 


Podkład, który potrafił sprawiać mi psikusy. W połączeniu z innym podkładem był świetny, sam raczej nie. Mimo to zużyłam go do końca, ale raczej go nigdy nie odkupię. 

Idę zużywać dalej!
Czytaj dalej...

ULUBIEŃCY | WRZESIEŃ 2016

Wrzesień się nieubłaganie kończy, a za nim idzie październik, rozpoczęcie nowego roku akademickiego, który dla mnie będzie ostatnim, ale przede wszystkim nadchodzi jesień. Czas leci nieubłaganie. Przez wszystkie przerwy blogowe, podsumowanie września ograniczymy do ulubieńców oraz projektu denko, ponieważ w mojej torbie uzbierało się sporo opakowań. 


Wrzesień był pod pewnym względem powrotem do znanych mi już produktów, które lubiłam. Pisałam już o tym, że znów przeszłam wysyp trądziku, jeden z mocniejszych, jakie pamiętam. Przez to musiałam przyśpieszyć rozpoczęcie kuracji kwasem glikolowym, którą przechodzę dwa razy do roku - na wiosnę i właśnie na jesień. W walce z tym nieprzyjemnym problemem pomaga mi Serum z 10% kwasem glikolowym od GlySkinCare. Obecnie moja twarz wygląda o wiele lepiej, a to wszystko dzięki temu produktowi. 

Drugim kosmetykiem godnym wymienienia ponownie jest woda termalna od Uriage. Pomaga mi ona załagodzić podrażnienia powstałe na mojej twarzy nie tylko przez trądzik, ale także załagodzić skutki po kwasie glikolowym. Kąpiel buzi przy użyciu tego kosmetyku to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy i każdemu, kto nigdy nie używał wody termalnej polecam spróbować. 

Aliexpress to strona, która zawładnęła umysłami wielu osób. Sama zaczęłam zamawiać tam różne rzeczy, jednakże do kupowania przeróżnych kosmetyków, w większości podróbek oczywiście nie byłam przekonana. Jednakże moja ciekawość wzięła górę i postanowiłam zaryzykować. Pierwszym kosmetykiem, jaki do mnie trafił była oczywiście podróbka kultowego pudru Ben Nye w odcieniu Banana. Zawsze chciałam stać się posiadaczką oryginału i pewnie kiedyś się tak stanie, jednakże zostałam zaskoczona przez to, co do mnie przyszło. Kosmetyk ten pobił na głowę wszystkie inne pudry, jakie posiadam. Dawno nie miałam tak tytanowego, tak utrwalonego mocno makijażu. Większość jednak opiszę w osobnej recenzji, mam nadzieję, że Was zainteresuje, bo mam jeden wielki minus, który może przeszkadzać. 

Pozwolę sobie na tej trójce zakończyć. Większość nowości, jakie zdobyłam nadal testuję, więc może w październiku będzie tego więcej. 
Czytaj dalej...

Rossmann | Promocja -49% na kosmetyki do makijażu

Już niedługo bo na przełomie września i października znów Rossmann uraczy wszystkie kobiety promocją -49% na kosmetyki do makijażu. Większość z nas już tworzy swoje listy zakupowe w głowie. U mnie jest tego na razie nie wiele ale coś zawsze się znajdzie, byleby bez szaleństwa. 


A tak prezentuje się rozkład promocji: 
  • 30.09 - 05.10: kredki do ust, szminki, błyszczyki, lakiery do paznokci i produkty do pielęgnacji paznokci 
  • 06.10 - 11.10: eyelinery, cienie do powiek, bazy pod cienie, tusze do rzęs, kredki oraz produkty do brwi 
  • 12.10 - 17.10 - podkłady, pudry, bazy, róże, bronzery, rozświetlacze oraz korektory 
Czytaj dalej...

Kobo Professional | Matte Liquid Lipstick

Matowe szminki to jedna z moich słabości w makijażu. Chętnie je kupuję i testuję, choć wiecie, że jak na razie nic nie pobiło tych z Golden Rose, które po prostu kocham. Dzisiaj przyjrzymy się kolejnej, a dokładnie Matte Liquid Lipstic od Kobo Professional.


Opis:
Trwała, matowa pomadka z odżywczym masłem morelowym I kompleksem polimerów utrzymujących ją na ustach.
W celu utrwalenia matowego efektu po aplikacji odbić nadmiar pomadki chusteczką. 

Marka Kobo wypuściła na rynek 6 odcieni szminek noszących nazwę Matte Liquid Lpstic, które za swoje 9 ml w regularnej cenie kosztują 14,99. Do mnie trafił odcień 401 Cranberry Meringue, wyglądający w opakowaniu na brązowy, jednakże po nałożeniu na ustaw widać, że jest to beż połączony z delikatnym różem.
Wszystkie szminki zostały zapakowane w twarde, plastikowa opakowanie z aplikatorem w formie gąbeczki. Można ją swobodnie przewozić w torebce lub bagażu i nic się z nią nie stanie. Pomadka ma delikatny, przyjemny słodki zapach. 

Producent nazywając ten kosmetyk matową szminką bardzo się pomylił, bo na pewno matowa ona nie jest i nigdy nie będzie. Bardziej pasowałaby tu nazwa pomadko-błyszczyka o satynowym wykończeniu. Po za tym wielkim błędem, produkt mnie urzekł pięknym kolorem, który nadaje się do każdego makijażu. Posiada świetne krycie, nie podkreśla suchych ust oraz ich nie wysusza.
Jeśli po aplikacji szminki nic się nie je, nie pije to utrzymuje się dobrze, jednakże przy wykonywaniu powyższych czynności automatycznie się zjada, na szczęście równomiernie. Nigdy nie zauważyłam, aby zważyła się na moich ustach. Ze względu na fakt, iż jest to kosmetyk, który nie zasycha trzeba uważać, aby nie wylał się po za kontur ust lub nie odbił na brodzie. 

Efektu matu, który tak wiele z nas uwielbia tutaj nie osiągniemy, ale szminka potrafi urzec. Sama w tym miesiącu miałam ją na ustach bardzo często, gdyż pasowała mi do codziennego makijażu, jaki noszę. Miejmy jednakże nadzieję, że Kobo wyda jednak prawdziwie matowe szminki. 
Czytaj dalej...

Vianek | Intensywnie nawilżający krem na noc

O tym produkcie powinnam była napisać już dawno, najlepiej przy okazji opisywania mgiełki/toniku z tej samej serii, który skradł mój serce. Ten produkt też to zrobił, ponieważ jestem w trakcie drugiego opakowania. 


Opis:
rem do twarzy na noc, wykorzystując naturalne procesy zachodzące w skórze, stymuluje ją do naturalnej regeneracji.
Zawiera kompleks humektantów (mocznik + mleczan sodu + kwas hialuronowy), który w połączeniu z cennymi olejami (arganowym i z kiełków pszenicy), zapewnia skórze głębokie nawilżenie i odżywienie. Ekstrakt z robinii akacjowej i witamina E działają antyoksydacyjnie i spowalniają procesy starzenia się skóry.

Skład:
Aqua, Glycine Soja Oil, Urea, Triticum Vulgare Germ Oil, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Glycerin, Argania Spinosa Kernel Oil, Robinia Pseudoacacia Flower Extract, Glyceryl Stearate, Coco-Caprylate, Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Xanthan Gum, Sodium Lactate, Sodium Hyaluronate, Tocopheryl Acetate, Benzyl Alcohol, Parfum, Dehydroacetic Acid.
Marka Vianek, najnowsze dziecko firmy Sylveco, posiada wręcz idealny skład, gdzie składniki pochodzą z naturalnych upraw. Nie zawsze takie mieszanki się u mnie sprawdzały, o czym przekonałam się wielokrotnie. W tym przypadku drugie opakowanie świadczy o wszystkim.
Odkąd odstawiłam wszelkie kremy przeciwtrądzikowe moja mieszana cera, z tendencją do trądziku otrzymuje jedynie nawilżenie, które jest w pielęgnacji każdej cery najważniejsze. Krem Vianek dedykowany jest przede wszystkim do cery suchej i wrażliwej, ale zdecydowałam się na jego zakup gdyż zawsze na przełomie lata i jesieni, przechodzę zabiegi kwasami, wtedy właśnie skóra potrzebuje bomby nawilżającej. Kosmetyk nie jest testowany na zwierzętach. Jego baza została oparta na olejku z pestek winogron i oleju z kiełków pszenicy, które sprawiają, że skóra jest niesamowicie nawilżona, gładka oraz miękka. Chronią przed czynnikami zewnętrznymi, a oleje zawarte w tym kremie to bogactwo witaminy E, która działa przeciwstarzeniowo, koją, odżywiają oraz pielęgnują. Zaś ekstrakty znajdujące się w tym kosmetyku chronią, wzmacniają, działają przeciwzapalnie oraz antybakteryjnie i oczywiście odżywiają, nawilżają.
Wszystko to, co opisałam doświadczyłam na swojej zmęczonej, szarej, zanieczyszczonej skórze wymagającej pomocy.
Teraz, gdy przechodzę kurację kwasem glikolowym pomaga mi również ze złuszczającym się mocno naskórkiem. 


Krem kupujemy w smukłej, ślicznej buteleczce o pojemności 50 ml w cenie od 28 do 30 zł, w zależności od sklepu. Została ona wyposażona w najlepsze rozwiązanie przy kosmetykach codziennego użytku, czyli dozownik typu airless, dzięki któremu jest higienicznie, wygodnie, a i wydobędziemy z opakowania idealną ilość produktu.

Krem ma aksamitną konsystencję w kolorze écru oraz posiada słodki, piękny zapach utrzymujący się na skórze. Rozprowadza się gładko i szybko na twarzy, a po aplikacji od razu odczuwa się ulgę. W dodatku niewiele go trzeba, aby pokryć min całą twarz. W nadmiarze potrafi się smużyć. Pozostawia po sobie delikatny film znikający po czasie.
Producent dedykuje przede wszystkim ten kosmetyk na noc i oczywiście go tak stosuję, ale ostatnio aplikuję do także, jako baza pod makijaż. Okazało się, że świetnie utrzymuje nałożony makijaż, oraz utrzymuje w ryzach moją złuszczającą się skórę. 
Jestem zauroczona, zakochana w tym kosmetyku. Jakbym znalazła kolejny idealny krem. 
Czytaj dalej...

Golden Rose | Mineral Terracotta Powder nr 04

Zebranie wszystkich rzeczy, o których powinno się napisać to nie problem. Staje się nim potem fakt, co wybrać, jako pierwsze. Wertowałam swoją stronę z kopiami roboczymi kilkukrotnie i w końcu naszła mnie myśl, że najlepiej zacząć od czegoś to towarzyszy mi, na co dzień. Przedstawiam Wam, więc kolejną perłę, rozsławioną przez Maxineczkę, Mineral Terracota Powder w numerze 4 od Golden Rose. 


Opis:
Golden Rose Mineral Terracotta Powder zapewnia doskonałe krycie nadając jednocześnie naturalne i aksamitne wykończenie makijażu. Puder zawiera wysokiej jakości kompleks minerałów m.in tlenek cynku, mikę, krzemionkę, kaolin czy magnez. Składniki aktywne zawarte w pudrze tworzą barierę między skórą a szkodliwymi czynnikami środowiska chroniąc w ten sposób naszą cerę. Wyjątkowe połączenie minerałów nadaje skórze rozświetlony i młodzieńczy wygląd. Aplikacja: w celu uzyskania naturalnego efektu zaleca się użycie pędzla, zaś gąbeczki dla bardziej kryjącego i długotrwałego efektu.

Przez okres wakacyjny miałam obsesję na punkcie pudrów w każdej możliwej postaci, nadal ją mam choć swoją manię zakupową już opanowałam. Terracota Powder był dla mnie wielką ciekawostką, którą zakupiłam w ciemno. Nie chciało mi się nawet przejść na wyspę Golden Rose by sprawdzić dokładnie odcień. 
Opakowanie, które do złudzenia przypomina MACa zostało naprawdę dobrze wykonane, z jakościowego plastiku. W swojej prostocie według mnie prezentuje się elegancko. To samo dotyczy zatrzasku, dzięki któremu zamykamy, czy otwieramy opakowanie. Za 12 gram pudru trzeba zapłacić 24,90, a seria zawiera 7 odcieni.


Typowo wypiekany puder prawie wcale się nie pyli, a przy tym jest ogromnie wydajny. Stosuję go niemal codziennie od momentu, kiedy do mnie trafił a zużycia nie widać żadnego. Takie kosmetyki lubi każda z nas. Przesuwając palcem po pudrze można wyczuć jak aksamitną, dobrze zmieloną ma konsystencję, a po podniesieniu swojej parówki wystarczy zachwycacie się kolorem i pigmentacją. 

Terracota 04 robi dziwne pierwsze wrażenie. Większość osób na pierwszy rzut oka stwierdza, że jest to rozświetlacz. Jeśli rzeczywiście ktoś nie lubi mocnego blasku na kościach policzkowych, a upodoba sobie biszkoptowy odcień z satynowym wykończeniem, to, dlaczego nie. Jednakże jest to idealny kosmetyk do ocieplania twarzy, aczkolwiek jego odcień sprawia, że również delikatny kontur uzyskujemy. 


Za każdym razem duży, puchaty pędzel zbiera idealną ilość pudru, a nałożony na policzki jest ledwo zauważalny, ponieważ daje subtelny, naturalny efekt opalenizny z rozświetleniem. Jego odcień sprawia, że będzie pasował bladziochom, a też osobom, które boją się, iż zrobią sobie bronzerem krzywdę. W tym przypadku nie należy bać się o plam, czy źle roztartego koloru.
Ostatnimi czasy, gdy mój makijaż był minimalny nie konturowałam w ogóle twarzy. Aplikowałam jedynie Terracotte na całą buzię oraz łączyłam z delikatnym różem. Niesamowicie podoba mi się efekt promienistej twarzy, jaki uzyskuję. Dzięki temu nie było aż tak widać w jak słabym stanie się skóra i jak bardzo jestem zmęczona. 

Nigdy nie zauważyłam, aby z mojej twarzy zniknął albo jakkolwiek zmienił wygląd makijażu. Zawsze pozostawał w nienaruszonym stanie długie godziny bez konieczności poprawek. 

Takie produkty lubię, o takich mogę pisać i śmiało Wam polecać. Sama jestem niesamowicie z zakupu zadowolona. Wiem tez, że na pewno nie będzie leżał, ponieważ nie boję się używać takich produktów w jesień, a nawet zimę. 
Czytaj dalej...

Powoli do przodu...

Mój ostatni post był bardzo zdawkowy, choć przekazywał akurat to co chciałam, wszystko przez brak czasu na który cierpiałam. Dzisiaj przychodzę z dłuższym wyjaśnieniem, historią, która nadal się ciągnie ale biegnie również powoli ku końcowi. Można poniekąd mój wywód jako powrót do blogowego świata, tak mocno przeze mnie zaniedbanego, że aż źle się z tym czuję. 

Wszystko zaczęło się od końca sierpnia, kiedy nadeszła wiadomość o brakach kadrowych w pracy. Zostało nas tak niewiele, że zarówno ja, jak i dziewczyny pracujące ze mną biłyśmy rekordy godzinowe. Przez cały sierpień miałam jedynie 6 dni wolnego, przy dziennej pracy liczącej od 10 do 12 godzin. Mój organizm był tak wycieńczony, że wolne chwile po prostu przesypiał. Nie miałam czasu na nic, kompletnie na nic. Dodatkowy gwóźdź do tej całej mieszaniny dołożyła wiadomość o niespodziewanej poprawce, która jest już za mną. Niespodziewanie na głowę zwaliła mi się jeszcze obowiązkowa praktyka. Na szczęście udało mi się ją przełożyć.
Mimo tego natłoku udało mi się jakoś zabrać w sobie i wszystko tak poukładać, by mieć na wszystko czas. 

Obecnie, tak jak już pisałam, jestem po poprawce. Odbyła się 12 września, a potem zaczęłam regularnie chodzić na praktyki. Doprowadzam również siebie do porządku i staram się poświęcić troszkę czasu na relaks czy dopieszczenie samej siebie. Najwięcej mojej uwagi wymaga teraz moja skóra twarzy oraz waga, która niestety poszła do góry i to znacznie. 

Niedługo zaczyna się również rok akademicki, przede mną ostatni rok studiów, pisanie pracy magisterskiej i zakończenie kolejnego etapu swojej edukacji. Na pewno nie będzie łatwo, aczkolwiek będę starała się aby więcej tak długich przerw na blogu nie było. 

Zapewne niektórzy zaczną się zastanawiać dlaczego wstawiam kolejne wyjaśnienia. Dochodziły do mnie różne uwagi, a nawet pretensje dotyczące bloga, że skoro już zaczęłam go prowadzić to powinnam regularnie poświęcać mu uwagę. Nie mam zamiaru tym tekstem się jakkolwiek usprawiedliwiać, ale postarać się wytłumaczyć dobitnie niektórym osobom, że mam swoje życie poza tym internetowym, które czasami jest dla mnie znacznie ważniejsze. Blog to pasja, blog to moje hobby, blog to moja miłość, która wcale nie wygasła. Skoro postanowiłam prowadzić ,,dorosłe" życie, być odpowiedzialna za samą siebie i żyć na własną rękę to czasami trzeba się temu poświęcić, to właśnie robiłam ostatnimi czasy. 

Teraz gdy oczyściłam odrobinę atmosferę wokół siebie, myślę że możemy powrócić do recenzji, ciekawostek kosmetycznych i tego co lubimy najbardziej. Wyczekujcie kolejnego postu. 

Buziaki i ściskam Was mocno! 

Czytaj dalej...

Wyjaśniam!

Te parę słów nakreślę dla Was na szybko, za co już przepraszam. Okres wakacyjny był bardzo sprawy w kwestii mojego blogowania, całkowicie pochłonęła mnie praca, a wcześniej sesja. W momencie zrobiło się jeszcze gorzej, ponieważ nie dość że łączę pracę i naukę na zbliżający się egzamin, to rozpoczęłam również obowiązkową praktykę. To musicie mi wybaczyć. Mam nadzieję, że wrzesień to ostatni tak słaby miesiąc i powrócimy do regularnych postów w październiku.
Co więcej zaczęłam zbierać kosmetyki i rzeczy, które naprawdę mogą Was zainteresować. 

Poczekajcie na mnie! Niedługo wracam na stałe!
W tym czasie zaś zajrzyjcie od czasu do czasu na Instagram, tam się coś pojawia. 
Czytaj dalej...

ULUBIEŃCY | SIERPIEŃ 2016

W tym miesiącu będzie ubogo. Czemu? Przede wszystkim dlatego, że ostatnio nie kupuję nic nowego więc i ulubieńców nie ma wiele. Raczej staram się wykorzystywać to co mam, a i trafiłam ostatnio na tak dobre kosmetyki, że nie potrzeba mi szukać innych. 


Pierwszym ulubieńcem jakiego wymienię jest na pewno żel do utrwalania brwi od Golden Rose, który ma swoje wady ale pomimo tego kosmetykiem jest dobrym. Przynajmniej nie muszę się martwić o fryzurę swoich brwi w ciągu dnia. 

Drugi produkt też o dziwo jest z Golden Rose, a jest to słynny Terracotta Powder w numerze 4, którego używam do codziennego ocieplenia i rozświetlenia swojej twarzy. Więcej pewnie napiszę w osobnej recenzji, ale Maxineczka miała rację. 


Trzecim produktem zamkniemy ulubieńców i okaże się, że składają się one tylko z kolorówki. Będzie to maskara od Eveline Volumix Fiberlast w wersji złotej. Nie mogłam się długo przekonać do tego kosmetyki, ale od jakiegoś czasu używam go codziennie i naprawdę skradł moje serducho. 
Czytaj dalej...

Mixa | Płyn micelarny do skóry mieszanej i tłustej z oczyszczającym cynkiem

Przystopowałam troszkę z testowaniem płynów micelarnych, ponieważ Garnier z olejkiem spełnia całkowicie moje oczekiwania i tak naprawdę mogłabym przestać szukać czegokolwiek innego. Jednakże testowanie nowych kosmetyków do demakijażu sprawia mi przyjemność, a nóż znajdę coś, co sprawi, że ta czynność będzie jeszcze przyjemniejsza. 


Opis:
Płyn micelarny przeciw niedoskonałościom marki Mixa to preparat do demakijażu wrażliwej skóry mieszanej i tłustej: 
- Formuła z micelami usuwa ze skóry makijaż i zanieczyszczenia bez pocierania.
- Fizjologiczne pH 5.5, identyczne z pH skóry 
- Skóra pozostaje oczyszczona i odświeżona. 

Skład:
Aqua, Hexylene glycol,Glycerin, Poloxamer 184, Citric Acid, Disodium Cocoamphodiacetate, Disodium EDTA, Panthenol, Parfum, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Poliaminopropyl Biguanide, Zinc Gluconate

To mój pierwszy kosmetyk od marki Mixa, który zakupiłam przede wszystkim ze względu na 400 ml pojemność i promocję, a w standardowej cenie kosztuje około 22-25 zł, w zależności od miejsca, w jakim kupujemy kosmetyk. W momencie, gdy okazuje się być niesamowicie wydajny to stosunek do ceny sprawia, że można sklasyfikować go, jako jeden z tańszych miceli na rynku.
Plastikowa butelka została wyposażona w wygodny zatrzask i dozownik płynu, dzięki czemu wylewa się go idealna ilość. Posiada delikatny jakby słodko-ziołowy zapach, który jest całkiem przyjemny, ale czytałam w paru recenzjach że niektórym kojarzy się on z winogronami, więc można się w tej kwestii spierać.

Muszę przyznać, że byłam nim mile zaskoczona, ponieważ przetestowałam wiele miceli i spora większość  z nich nie nadawała się do demakijażu oczu. Ten od Mixy zaś świetnie radzi sobie z każdym makijażem, nawet oczu i przy tym nie szczypie. Po wyczyszczeniu nim buzi z zanieczyszczeń, przecieranie twarzy dodatkowymi specyfikami jest zbędne, choć ja i tak to robię. 

Czy zauważyłam działanie cynku? Nie. Ten kosmetyk nie poprawił stanu mojej cery, ani go nie pogorszył. Po przetarciu pozostawia skórę zmatowioną, odświeżoną, ale nieściągniętą. 

Jestem zadowolona, ale nie zachwycona. Na pewno będę go miło wspominać, ale nadal pozostanę przy twierdzeniu, że w moim przypadku tłuszcz najlepiej rozpuszcza tłuszcz. 
Czytaj dalej...
Kosmetyczna Obsesja © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka